#24gry – lipiec

Siemanko, wakacje za nami, rok szkolny rozpoczęty, idealny moment, żeby ponadrabiać zaległości w grach wideo. Kolejne dwie, o których będę dzisiaj mówił to Hellblade, wydana w 2017 roku i nieco zapomniana przygodówka od Ninja Theory oraz tegoroczna świeżynka, kontrowersyjna, druga część wydanej w 2013 roku na PlayStation 3 gry The last of us, czyli The last of us II.

Dlaczego kontrowersyjna? Tego dowiecie się w tym materiale. Kluczem jakim kierowałem się przy wyborze tych tytułów, to wiodąca postać kobieca, co jest miłą odskocznią w przesyconej testosteronem branży gier.

 

Gra Hellblade: Senua’s Sacrifice od dawna była na moim radarze, głównie za sprawą tematyki jaką gra podjęła. Twórcy za cel postawili sobie bowiem jak najwierniejsze odwzorowanie realnych chorób psychicznych i to, jak serio podeszli do tematu robi wrażenie. W dostępnych w grze materiałach dodatkowych, dowiadujemy się, że gra była konsultowana z ludźmi, którzy faktycznie borykali się z mentalnymi problemami i bardzo mocno czuć tę dbałość o utrzymanie rzetelności. Ale po kolei.

Gra na starcie wrzuca nas na głęboką wodę, ale na szczęście mamy łódkę. Od pierwszych minut wiemy że z Senuą jest coś nie tak, słyszy głosy (koniecznie grajcie na słuchawkach!), widzi rzeczy i ogólnie czuć olbrzymi wysiłek jaki musi znieść, żeby wykonać swoją misję. Technicznie jest doskonale, dopracowana grafika, udźwiękowienie, sterowanie i brak rozpraszaczy w stylu ekwipunku czy rozwoju postaci, pozwala nam łatwo zanurzyć się w tym świecie i wejść w głowę głównej bohaterki. Mimika postaci i cut-scenki stoją na wysokim poziomie i tutaj należą się brawa dla zespołu odpowiedzialnego za motion-capture i animacje, jest super, górna półka. W kwestii walki, daje ona satysfakcję, czego można było się spodziewać po twórcach, mających na koncie takie hity jak Heavelny Sword czy reboot Devil May Cry z 2013, ale w moim przypadku, grałem po linii najmniejszego oporu, ustawiając niski poziom trudności, chcąc skupić się głównie na fabule. W dalszych etapach gry, walka staje się monotonna, na osłodę raz na jakiś czas musimy zmierzyć się z jakimś większym bossem. Warto jeszcze wspomnieć o minigierkach i zagadkach które po drodze musimy rozwiązać, choć te równie szybko co walka stają się powtarzalne i do końca gry nie zmieniają się zbytnio. Plus za spójność, minus za wtórność.

Jeśli chodzi o postacie, to nie ma ich wiele. Wszystkie widzimy w swoich wizjach i wspomnieniach, na swojej drodze trafiając jedynie na złowrogich przeciwników. NPCe są przedstawieni w ciekawy sposób, w formie nagrań wideo prawdziwych aktorów, przenikających komputerowo wygenerowany świat. Interesujący zabieg, na pewno łatwiejszy w implementacji niż tworzenie od podstaw wersji cyfrowych i również wpisujący się w całość narracji. Znów, łatwiej jest nam wczuć się w klimat i poczuć co tak naprawdę siedzi w głowie Senui.

A dzieje się tam sporo. Senua, członkini plemienia celtyckich Piktów, straciła w walce swojego ukochanego, Dilliona. Wierzy, że jego dusza została uwięziona przez Nordyckich bogów, wyrusza więc w podróż aby odzyskać jego tożsamość i odnaleźć w tym wszystkim spokój ducha. Warto zaznaczyć, że ów podróż odbywa się bardziej w jej podświadomości niż w faktycznym, fizycznym świecie. Kawałek po kawałku poznajemy traumy z jakimi Senua musi lub musiała się mierzyć i pomagamy jej w najtrudniejszych momentach. Fabuła jest bardzo emocjonalna i dość ciężka. Dla osób z delikatniejszą psychiką może okazać się zbyt sugestywna, ale reszta doceni jej surowość i brutalność. Mnie oczarowała na maksa i wciągnąłem ją w około 13 godzin. Niewiele, ale tyle wystarczy, bo cała ta przeprawa przez psyche Senui jest ostatecznie dość męcząca. Na końcu jest katharsis, więc oczywiście przyklaskuję twórcom gry, a ją samą polecam.

The last of us II premierę miało w czerwcu tego roku i z miejsca podzieliło graczy. Memem stała się sytuacja na Metacritics, gdzie w pewnym momencie gra miała ocenę graczy… bliską 2-3 punktów na 10. Administratorzy popularnej platformy przez tę grę, zmienili system ocen, wymuszając okres przejściowy między premierą, a możliwością wystawienia recenzji. Z początku więc w grę chciałem zagrać, potem miałem wątpliwości, ostatecznie ulegając pokusie i zaopatrując się we własną kopię na krążku. Gracze zarzucali twórcom umieszczanie wątków nieheteronormatywnych na siłę, brak konsekwencji i logiki w działaniu bohaterów i byli ogólnie rozczarowani. I wiecie co Wam powiem po prawie 30h przebytych z grą? Pierdolenie :)

Tak, Ellie jest lesbijką, tak sobie to wymyślili scenarzyści. Takie wątki będą zatem się pojawiać, halo! W ogóle też nie ma ich jakoś specjalnie dużo, policzyć je można na palcach jednej ręki. Proszę więc wytrzeć śliniaczek i przestać krzyczeć uderzając nocnikiem, że „kcom ideologię LGBT sprzedać”. Nie zauważyłem też jakiegoś braku konsekwencji u NPCów, przeciwnie. Zacznijmy jednak od technikaliów.

Mechaniką gra czerpie pełnymi garściami z części pierwszej, dodając nowość w postaci… drugiej postaci, dziewczyny o imieniu Abby, z której to perspektywy również poznajemy fabułę, bardzo fajny zabieg. Graficznie twórcy wycisnęli z pleja czwórki absolutne maksimum, trzymając wiatrak chłodzenia na najwyższych obrotach przez większą część gry. Szczególnie podobała mi się kolorystyka (God of War przy tym to jakaś nieśmieszna kreskówka) oraz oświetlenie, które sprawiało wrażenie oszukanego ray-tracingu – czyli dużo bardziej naturalnego sposobu na renderowanie światła w grach. Ciekawostką jest fakt, że w grze nie uświadczymy cyklu dnia i nocy, co umknęło mi przy okazji recenzowania Death Stranding. No właśnie, czy to aż tak psuje immersję? W moim odczuciu w ogóle, jest raczej ułatwieniem dla twórców, a dla nas, graczy mało znaczącym uproszczeniem. Zostając przy porównaniu tych dwóch gier, muzyka odegrała w Death Stranding znaczącą rolę, natomiast w The last of us, brakowało mi żeby w pewnych momentach po prostu coś przygrało. Z drugiej strony jest to bardziej realistyczne i trudniej jest stracić z oczu to, czym właśnie się zajmujemy.

Walka jest OK i tu również wiele się nie zmieniło względem jedynki. Jednym z zarzutów jaki mieli gracze i pod którym całkowicie się podpisuję, to brutalność i bezwzględność naszej młodej podopiecznej. Nie da się bowiem ogłuszyć NPCów, a jedynie ich minąć lub… poderznąć gardło. To faktycznie bardzo duży minus tej gry.

Naughty Dog w kwestii bohaterów ponownie staje na wysokości zadania i serwuje nam bardzo barwne postacie, naturalne, wiarygodne, mówiące normalnym, a nie przerysowanym językiem, potrafiące również grać mimiką i pauzą. Scenki przerywnikowe ogląda się jak serial, co pomaga wczuć się w historię i śledzić motywy bohaterów. A te są dość dobrze przemyślane, choć mam tu kolejny zarzut – scenariusz zbyt długo i często gra kartą „zemsta”. Dzięki fajnym patentom fabularnym, nie nudzi się to aż tak, ale pod koniec gry czuć lekki niesmak, że wszystko opiera się wciąż na tym samym – żądzy krwi. Następnym razem proszę o zmianę płyty.

Ta łyżka dziegciu nie może jednak odwrócić naszej uwagi od beczki miodnej fabuły jaką serwują nam twórcy, w przepiękny sposób portretując ludzką psychikę postawioną w trudnych sytuacjach, z pozoru bez wyjścia. Bohaterowie łamią growe schematy, na ekranie widzimy silne, zdecydowane postacie kobiece oraz wrażliwych i naiwnych facetów. Czuć, że gra dojrzała razem z twórcami, widzimy w niej seks, narkotyki i przemoc, ale bez groteski. Serio wielkie brawa za podejście i konsekwencję, gra do końca trzyma w napięciu i w moim osobistym rankingu gier, ląduje na pierwszym miejscu ex-aequo z Horizon: Zero Dawn, co możecie uznać za duże wyróżnienie.

Dzięki za oglądanie i śledzenie, zapraszam do komentowania, lajkowania, subskrybowania i do zobaczenia wkrótce, peace!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *