#24gry – kwiecień

Witam ponownie w cyklu 24 fabularne gry wideo czelendż, dzięki że wpadliście i zapraszam do przyjrzenia się z bliska dwóm tytułom które ogrywałem w mijającym miesiącu.

Lubicie indyki? Mam na myśli indie games czyli gry z mniejszym budżetem i często choć nie zawsze, na mniejszą skalę. W tym miesiącu wybrałem dwie tego typu gry, Mutazione, które zgarnąłem z platformy Epic Games (swoją drogą, jeśli jeszcze nie macie tam konta to załóżcie, bo Epic szaleje i co tydzień rozdaje gry za darmo!) oraz dostępną za darmo jeszcze do 6 maja w sklepie Sony grę Journey, która nie wymaga posiadania subskrypcji PS+ choć przyda się ona jeśli chcemy w pełni skorzystać z tego co gra nam oferuje.

 

Chcąc jakoś usystematyzować te recenzje, postanowiłem wyszczególnić 3 obszary nad którymi będę się skupiał przy okazji każdej z gier, jest to narracja estetyczno-techniczna – czyli wszystko co związane ze stroną audiowizualną gry i jej mechanikami, bohaterowie i dialogi – czyli skupienie się na postaciach w grze i na tym jak wchodzą w interakcje między sobą i z graczem, oraz fabuła, czyli jak odebrałem grę poprzez pryzmat historii w niej przedstawionej.

Zaczynamy!

Pierwsze skojarzenie po odpaleniu Mutazione to jakby Another World połączyło się z Oxenfree, mamy więc miłą dla oka, wektorową grafikę zaś główną osią rozgrywki jest rozmawianie z NPCami. Wiem, może nie brzmi to zachęcająco, ale przynajmniej wiadomo co dla twórców było najważniejsze – opowiadanie historii. Mechanika gry jest dość prosta, chodzimy, rozmawiamy, kawałek po kawałku odkrywając kim jesteśmy, jaką mamy misję oraz jakie tajemnice skrywają zamieszkujący wioskę tubylcy. Jedynym urozmaiceniem tego systemu, jest hodowanie ogrodów, które polega na znalezieniu różnego rodzaju nasion, następnie zasadzeniu ich dbając o wybranie tych, należących do jednej podgrupy, potem zagraniu na tamburynie i zebraniu plonów. Trochę miałem nadzieję, na jakieś zaskoczenie, nie wiem, połączenie dwóch grup w jedną, albo wszystkich naraz, niestety do końca gry robimy to samo, sadzimy nasiona w monokulturowych ogródkach.

W kontekście bohaterów gra oferuje wiele więcej, z początku trudno nam jest się połapać kto jest kim, ale szybko uczymy się imion i relacji między bohaterami. Miu, Spike, Mori, Jell-A czy Thung, każdy z nich ma swój charakter i trudno ich wszystkich nie polubić. Polecam czytać dialogi między tymi czerwonymi kolesiami, ja się uśmiałem :) Nie miałem momentu znudzenia się czytaniem wszystkiego, raczej byłem ciekawy o co w tym wszystkim chodzi. Gra często pozwala nam na wybór między dwiema ścieżkami, choć nie sądzę aby miało to jakiś wpływ na przebieg wydarzeń, raczej ogranicza się to do odkrycia nieco innych ścieżek dialogowych i reakcji na nasze działania. Nie powiem, buduje to unikalną więź z postaciami i jak i naszą protagonistką Kai.

Fabuła w tej grze jest sympatyczna, nie nudzi się, choć odkrywa się ją powoli. Tak naprawdę budujemy ją poprzez właśnie rozmowy z bohaterami, sami niejako tkając kolejne jej odnogi i splatając wątki. Sprawia to niemałą satysfakcję i choć przygoda skończyła się dla mnie już po kilkunastu godzinach, nie czułem ani niedosytu ani przesady. Wszystko był na swoim miejscu. Morał jaki z niej płynie też jest przyjemny i daje jakąś dziwną satysfakcję, fabuła może nie jest spektakularna, ale przynajmniej nie jest przesadzona i nie czuć w niej egzaltacji.

Podsumowując, dla fanów „tekstówek” i dwuwymiarowej grafiki, smaczny kąsek, dla osób które szukają czegoś bardziej zręcznościowego, być może druga gra w tym zestawieniu wyda się atrakcyjniejsza.

Grę Journey przeszedłem parę lat temu, jednak z przyjemnością przywitałem myśl o ponownym wkroczeniu w ten tajemniczy świat. No właśnie – tajemnica. To chyba główny powód jaki przemawia za tym tytułem, nie wiemy kim jest nasz bohater, nie wiemy czym są opuszczone budowle, które spotykamy na drodze, nie wiemy wreszcie czym jest tajemnicza góra do której dążymy i jaki związek z tym wszystkim mają te czerwone kawałki materiału. Grę możemy przejść totalnie olewając te aspekty i skupiając się na czysto platformówkowo – zręcznościowych momentach, podziwiając i zachwycając się przepiiiięęęękną grafiką. Gra nic nam nie każe, nic nie podpowiada, pozwala interpretować ją tak, jak tylko chcemy.

Poprzednim razem przeszedłem grę w trybie offline, tym razem totalnie zaskoczyłem się kiedy… spotkałem na swojej drodze drugiego gracza! W świetle kwarantanny, obecność drugiej osoby w tym baśniowym świecie nabrała nowego wymiaru i celebrowałem każdy wspólny krok i wydanie z siebie „dźwięku” co jest jedyną formą komunikacji w Journey. Chcąc dowiedzieć się nieco więcej o tym jak powstawała gra i jakie tajemnice w sobie kryje, trafiłem na ciekawy wywiad z twórcami, którzy przyznali, że na początku gra miała wyglądać i ruszać się zupełnie inaczej, jednak podjęto wiele decyzji które polegały głównie na wycinaniu kolejnych rzeczy. Zamiast rozgrywki dla czterech osób, tylko dwie, zamiast czatu, prosty, jednoguzikowy sygnał, zamiast zagadek wymagających kooperacji, czysta eksploracja. Z marketingowego punktu widzenia mogło się to wydawać dziwne, jednak dzięki temu twórcom udało się uzyskać niepowtarzalny klimat i emocjonalną więź z drugim graczem. Przeczytajcie sobie ten artykuł, link wrzucam w opis poniżej.

Fabularnie gra z pozoru nie daje nam dużo, ale są to tylko pozory. Jako że w przeciwieństwie do Mutazione, nie uświadczymy tutaj tekstu pisanego, cała narracja opiera się na obrazach i dźwiękach. Co jakiś czas widzimy scenkę przerywnikową, a w niej tajemnicze postacie i historię naszego bohatera opisaną w charakterystycznych muralach, również odkrywanych w trakcie naszej „podróży”. I właśnie wbrew temu co może nam się wydawać, historii jest tutaj sporo, a jej urok polega na tym, że nie jest opowiedziana w prost. Serfując po internecie trafiłem na wątek na forum, który również polecam sprawdzić – ale już po przejściu gry. Byłem pod wrażeniem do jakich fajnych wniosków doszli ludzie analizujący każdy szczegół w tej grze i mimo pewnych różnic, do jak wartościowej i spójnej konkluzji. Journey jest grą magiczną, zarówno jeśli chodzi o warstwę audio-wizualną, zręcznościową jak i fabularną. Możliwość trafienia na kompana podczas eksploracji tego świata, dodaje dodatkowego smaku, również odzwierciedlonego w tym jak gra portretuje nasz progres w fabule. Jedyny smutek i powód dla którego nie chcę Wam za dużo pokazać i zdradzić to to, że grę można przejść w jedną, góra dwie godziny, a chciałoby się zdecydowanie dłużej pobyć w tym świecie. Twórcy – Thatgamecompany słyną jednak z tego typu podejścia do gamedevu, wcześniej oczarowując wszystkich grami Flow i Flower, które również można nazwać dość minimalistycznymi. Jeśli macie ochotę, możecie też przetestować grę Sky tego samego studia, która została wydana, uwaga, na komórki z systemem Android i iOS, a tego roku mającą również trafić na konsolę Nintendo Swichu. Testowałem ją na szybko i jest to w zasadzie takie Journey na starydach, choć na moim smartfonie, trochę przeszkadzała pikseloza.

Podsumowując, z całego serca polecam Wam obie te gry.

Jak może zauważyliście, tym razem nie dawałem ocen, bo jeden z widzów Jacek, którego serdecznie pozdrawiam, zasugerował, że być może są zbędne. Przespałem się z tą myślą i przyznaję mu rację, nie są potrzebne.

To wszystko co przygotowałem dla Was na kwiecień, zapraszam do odwiedzenia mojego kanału na YouTube, do subskrybowania, komentowania i oczywiście do zobaczenia za miesiąc, przy okazji dwóch kolejnych gier.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *