#24gry – marzec

W tym miesiącu szczęśliwie udało mi się ograć dwa tytuły ze swojej kupki wstydu nie wydając ani złotówki – mowa o Kingdom Come, które dostępne było na platformie Epic Games, oraz Shadow of the Colossus, dostępne do końca kwietnia dla subskrybentów PlayStation plus.

Recenzja dostępna po raz pierwszy w formie wideo, zapraszam! :)

 

Na pierwszy ogień jedziemy z Kingdom Come – trochę wiedziałem czego się spodziewać, a i tak gra pozytywnie mnie zaskoczyła. Przede wszystkim wielkie brawa dla Warhorse Studios za cutscenki, które ogląda się jak dobry film. Dialogi, gra „aktorska” i praca kamery robią robotę i świetnie budują napięcie przed kolejnymi zadaniami. Zanim przejdę do historii parę słów o mechanikach – nie są tak skomplikowane jak się na początku wydaje, skuteczność władania bronią zależy w sumie od jej mocy (a ta od jej ceny), otwieranie zamków jest upierdliwe jak tylko być może na szczęście można przesiąść na pada, gdzie dostępny jest tryb dla umiejętnych inaczej i żaden zamek nie będzie już sprawiał problemów… no chyba że te które są za trudne żeby w ogóle do nich podejść. Grę przeszedłem na pececie, ale dziękuję bogom za pełne wsparcie pada do PlayStation, na którym to odkryłem nowy poziom grania w gry FPP. Już nie boję się tej kombinacji, bo jest to turbo wygodne! Serio, w materiale wideo możecie zobaczyć jak wygląda sterowanie myszką… a jak padem. To jest niebo a ziemia i nikt nie przekona mnie w powrotem do myszki, bo nie da się nią tak precyzyjnie i subtelnie sterować jak gałką analoga, kropka. OK, są pewne minusy, np. prędkość obrotu kamery, ale w zestawieniu z tym jak dużo wizualnie gra zyskuje na padzie, jestem w stanie na luzie to poświęcić.

Graficznie mój laptop „do pracy” wyrabiał 45klatek na średnich detalach, co całkowicie mnie zadowalało, Cryengine bardzo ładnie rysuje nam świat, choć można odczuć tutaj pewną, nie wiem jak to inaczej nazwać, „sztuczność” tego świata i postaci, które albo stoją w miejscu, albo podążają z góry zaprogramowaną ścieżką z punktu A do B – coś z czym może kojarzyć się np. seria The Elder Scrolls.

Teraz fabuła – nie chcąc psuć sobie zabawy nie czytałem o tej grze dużo i nie wiedziałem czym scenarzyści mnie zaskoczą, zdawałem sobie jedynie sprawę, że jest to „symulator wieśniaka”, choć to dość niesprawiedliwe określenie. Fakt, zaczynamy jako wieśniak, syn kowala, ale szybko zostajemy wplątani w serię wydarzeń którym daleko od codziennych. Nie odczułem jakby gra dawała mi zbyt dużo wyborów, ale z drugiej strony, wiedziałem, że muszę mieć się na wodzy – jeśli gdzieś się spóźniłem, byłem niemiły dla kogoś, albo przegrałem walkę – nie było opcji „spróbuj jeszcze raz” gra nagradzała mnie wymownym „zadanie niewykonane” i musiałem szukać innej drogi do celu. A ten często jest bardzo trudny do znalezienia, jak np. podczas przebywania w klasztorze, gdzie często pomagałem sobie poradnikiem.

Z ulgą słuchało mi się dialogów podczas eksploracji czeskich krain, są na maksa wiarygodne, co prawda trochę brakowało mi jakiegoś mistycyzmu, ale zaraz zapominałem o tym przemierzając na koniu malownicze pola i lasy. Gra błyszczy na wielu poziomach, graficznym ale też narracyjnym, zadania z czasem są przewidywalne i mogą irytować, np. czekając po kilka dni aż ktoś przygotuje miksturę czy przeczyta książkę, ale w sumie jest wtedy czas na zadania poboczne, które również są dość ciekawe. Żałuję tylko że sporo z nich polegało na kradzieży, co jako neutralny dobry, unikałem z premedytacją. Główna oś fabularna jest jednak super i nie zawiodłem się na niej.

Na przejście głównego wątku, bez poświęcania uwagi na questy typu zabij 40 wiewiórek zeszło mi 60 godzin, co wydawało mi się niedoszacowanym wynikiem – znaczy to że gra mi się trochę dłużyła. Może to przez to że często musimy biegać z miejsca na miejsce, czekać aż świat zaktualizuje się i będziemy mogli pchnąć fabułę dalej, albo ciągle brakowało mi kasy, a jak już ją miałem, to gra zbliżała się do końca. Tak czy siak, fabuła kupiła mnie podwójnie – po pierwsze, bo bazowała na prawdziwych wydarzeniach osadzonych w średniowiecznych Czechach, po drugie, była po prostu umiejętnie rozpisana. Jej „zakończenie” jest jednocześnie otwarciem do drugiej części, która już podobno powstaje – i bardzo mnie to cieszy, bo chętnie wrócę do tego świata i Wam też to polecam. Szczególnie w sytuacji kiedy nie można chodzić po lesie – tutaj można. Moja ocena… 7,5/10

W drugiej grze w tym zestawieniu również podróżujemy na koniu, jednak jest to totalnie inny rodzaj rozgrywki. Ok, trochę tutaj oszukuję, bo nazwać Shadow of the Colossus grą fabularną to byłoby przegięcie – ale czasu miałem w tym miesiącu mniej, ale szczerze wpisałem sobie tę grę na listę tych z fabułą z nadzieją na symbolizm przynajmniej na poziomie Automaty – w końcu to też Japonia.

W kwestii mechaniki – w skrócie, powiedziałbym że gra jest puzzle-platformerem, z tym że platformami są tutaj sporych rozmiarów, tytułowe Kolosy, a zagadką – jak dostać się to ich czułych punktów i wbić tam z premedytacją nasz magiczny miecz. Po drodze musimy się wspinać, skakać, robić uniki i strzelać z łuku. Nie jest to zbyt skomplikowane, choć zwątpiłem w swoją inteligencję wpisując w YouTube: jak przejść pierwszą ścianę… serio nie wiedziałem że trzeba się złapać tej trawy i potem skoczyć na ten gzyms.

Fabularnie… jest niestety dość ubogo. Zaczyna się mocno, nasz protagonista postanawia ożywić swoją ukochaną (siostrę?) przywołując tajemne moce, które zgadzają się spełnić jego życzenie jeśli pokona 16 kolosów zamieszkujących okoliczne krainy. Niestety każdy jeden z nich zaczyna się i kończy tak samo, nie ma tu jakiejś większej finezji, o zwrotach akcji nie wspominając. Oglądając kończący grę filmik czułem się jakbym skończył jakieś techniczne demo, że gra miała się dopiero rozpocząć. Twórcy trochę pokracznie i stosując oczywiste klisze serwuje nam coś w rodzaju uniwersalnego buntu i dążności do ostatecznej wolności, miłość pokonującą śmierć, poświęcenie, które staje się początkiem nowego… Tylko że to wszystko widzimy w ostatnich minutach gry. Trzeba tutaj jednak wspomnieć o tym, że grałem w remaster gry wydanej na przełomie 2005 i 2006 roku na PS2, w tamtych czasach gra na pewno robiła większe wrażenie niż w 2020. Warto też zaznaczyć że tytuł ten jest duchowym spadkobiercą innej gry tego samego twórcy Fumito Uedy, czyli ICO, co również symbolicznie zostaje wypowiedziane tuż przed napisami końcowymi.

Podsumowując – w 2020 gra nie powala, każdy kolos to praktycznie jedna „sztuczka”, kilka minut i po sprawie. Fabuła praktycznie tu nie istnieje nieśmiało się rozwijając tuż przed napisem „koniec”. Dzisiaj taję jej 5, 15 lat temu, byłoby to pewnie 7 albo nawet 8.

To wszystko jeśli chodzi o gry w tym miesiącu, zapraszam Was serdecznie do zapoznania się z recenzją wideo, oraz do odwiedzenia mojego YouTubowego „archiwum” czyli zakładki playlisty gdzie możecie zobaczyć jak gram w róóóżne gry od psp, przez peceta, vitę po ps4 i beat sabera na Vi-aRze. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia wkrótce!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *