#24gry – styczeń

Kto robił postanowienia noworoczne? Ja na razie mam jedno. W 2020 chciałbym… przejść 24 fabularne gry wideo. Czemu 24? Bo wychodzi 2 na miesiąc, do ogarnięcia.

A czemu akurat gry wideo i dlaczego fabularne? Jeśli ktoś sobie zadaje to pytanie, to mnie nie zna. KOCHAM FABULARNE GRY WIDEO! No i zainstalowałem apkę, która mówi mi o promocjach #cebula4ever

Tak się składa, że chyba wreszcie dorosłem do tego, żeby pozwolić sobie na ten hedonizm. Poza tym stwierdziłem, że w sumie trudno znaleźć w sieci coś rzetelnego, co traktowałoby właśnie o fabułach w grach i polecało te dobre. Zachęcam do śledzenia wpisów, będą się tu pojawiać gry oczywiste (jak, mam nadzieję, tegoroczny Cyberpunk) ale i gry sięgające 2011 roku – wszystko obowiązkowo będzie musiało trzymać wysoki poziom, przynajmniej hype’u (nie twierdzę, że się nie rozczaruję…). Nie przedłużając – w miesiącu styczniu ograłem…

Wojna krwi: wiedźmińskie opowieści.

Po netflixowej premierze Wiedźmina w grudniu miałem niedosyt. Promocje w sklepie Sony (większość gier będzie prawdopodobnie odpalana na PS4) wyświetliły mi ten tytuł za jakieś 50zł, a że i tak miałem zamiar kiedyś w to zagrać, kciuk szybko wcisnął guzik „KUP”.

Pierwsze wrażenia pozytywne, grafika to coś pomiędzy cel-shadingiem a rysunkiem, sympatyczna. Zawiodłem się niestety na mechanice – ale tylko dlatego, że spodziewałem się diablo-podobnego hack’n’slasha ze zbieraniem ekwipunku, a dostałem… karciankę.

Dzięki temu, że jest to gra wideo, nie trzeba liczyć punktów po milion razy, uff.

Tak, ”Wojna krwi…” to miks gry w Gwinta (50%), eksploracji i zbierania surowców (25%), rozbudowywania za ich pomocą „baraków” (10%), które na wyższych poziomach pozwalają nam trzymać więcej kart w talii czy tworzyć te bardziej unikatowe. Pozostałe 15% to miękki głos lektora, ręcznie rysowane obrazki, muzyka, dźwięki i historia. Ta co prawda rozkręca się powoli, ale po pokonaniu pierwszej mapy nabiera rumieńców i tak już trzyma do końca. W międzyczasie, gra w gwinta przestaje przeszkadzać (są tam naprawdę ciekawe mechaniki), świat zmienia się serwując nowości (nowe otoczenie, to także nowi przeciwnicy), całość zaś otulają baaardzo znajome i przyjemne aranżacje kompozytorów muzyki do gier na bazie prozy Sapkowskiego.

Wracając do historii, jakoś specjalnie nie powala, ale też nie ma wstydu. Nie czułem się traktowany jak idiota, dialogi były wiarygodne. Na początku przeszkadzała mi zbytnia szorstkość Meve (nasza protagonistka), ale zrzucam to na karb trudności, jakie niesie ze sobą odegranie przez aktorkę kilku charakterów w ramach jednej postaci. Gra pozwala nam bowiem wybierać od czasu do czasu spośród dwóch ścieżek – bardziej łagodnej i bardziej stanowczej. Na plus liczę tematy, które gra porusza: stosunek dziecka do rodzica, władcy do poddanego, „nieludzi” do ludzi czy sąsiadów do siebie nawzajem. Robi to nienachalnie i nie stara się moralizować, często zostawiając dla nas przestrzeń do interpretacji. Jakoś wyjątkowo nie wzbogaca, ale ma prawo się podobać.

Całość trzyma się kupy i nie musiałem się zmuszać do ponownego odpalenia gry. Smaczku dodaje wszechobecny humor, czy to w opisach kart, czy w dialogach zasłyszanych podczas zwiedzania świata. Przez chwilę spotykamy nawet Geralta wraz z Jaskrem! Szybko jednak tracimy ich z oczu, bo nie jest to historia o nich.

Czy warto wydać te parędziesiąt złotych na „Wojnę krwi…”? Jeśli jesteś fanem książek o Wiedźminie i szukasz wyrafinowanej historii, chyba nie. Jeśli nie trawisz turowych rozgrywek i marzysz o wbijaniu się srebrnym mieczem w kłębowisko potworów, absolutnie nie, w tym celuje klasyczny „Wiedźmin” od CD Projektu. Jeśli jednak lubisz „Gwinta” oraz świat stworzony przez Andrzeja „60mln” Sapkowskiego, to ten tytuł zapewni Ci kilkanaście godzin przyjemnej rozrywki. Nie licz jednak na specjalne „replayability” – tutaj go nie ma. Moja ocena 6+/10.

Drugim tytułem, jaki pochłonąłem w styczniu, był wspomniany klasyk z 2011 roku (PS3), a zremasterowany w 2017 roku, smakowity, detektywistyczny kąsek prosto od Rockstar Games – L.A. Noire.

Wcielamy się tutaj w rolę „krawężnika” Pelpsa, który jako początkujący gliniarz, zaczyna wyróżniać się swoją spostrzegawczością i krok po kroku pnie się po szczeblach kariery. Dostaje do rozszyfrowania coraz bardziej zawiłe sprawy, stając się w końcu detektywem z krwi i kości. Całość rozgrywa się w 1947 roku w Los Angeles, więc mniej więcej możecie wyobrazić sobie klimat.

Stare samochody, muzyka, witryny sklepów… jest pięknie!

Na początek parę słów o mechanikach, gra wygląda, rusza się i brzmi trochę jak GTA (w końcu to Rockstar), ale pozostawiono do absolutnego minimum kwestie strzelania i broni, co przywitałem z absolutną ulgą (Naughty Dog – patrzę na was). Mamy więc jazdę samochodem, eksplorację, zagadywanie NPC-ów i analizowanie miejsc zbrodni. Są nawet momenty walki wręcz, ale równie dobrze mogłoby ich nie być – ot, urozmaicają wydarzenia na ekranie. Pomiędzy kolejną sprawą, rozmową, nowym tropem i trupem, oglądamy scenki przerywnikowe, które stoją na wysokim poziomie. Praca kamery, dialogi, muzyka, no ogląda się to jak dobry serial policyjny z lat 80.

To jak przedstawiono wirtualne postaci w tej grze zasługuje na osobny akapit. Czy słyszeliście o czymś takim jak „wolumetryczne wideo”? Jest to technika „łapania” obrazu przez kilka połączonych ze sobą kamer, który to obraz następnie jest przetwarzany na polygony i odtwarzany w przestrzeni 3D. Technologia do dziś się rozwija, ale już w 2011 australijskie Team Bondi zaserwowało nam ją w omawianej grze, wtedy pod nazwą „Motion Scan”. Co prawda jeśli chodzi o ciała, mamy tu klasyczny „mo-cap”, ale twarze z pietyzmem przerzucono do środowiska interaktywnego i zręcznie sklejono z resztą tułowia. Nie wiem, czy jest to technika kosztowna finansowo, czy czasowo, ale nie słyszałem o innej grze, która by ją wykorzystywała. Jeśli zaś nie widzieliście tego wcześniej, to gwarantuje, że opadnie Wam szczęka, to jest po postu coś bez precedensu i porównania. Nie raz gubiłem wątek, bo się zapatrzyłem na tę mimikę twarzy!

W kwestii mimiki twarzy twórcy nie poszli na kompromisy.

Dzięki tej technice możliwe staje się analizowanie zachowania ludzi, których przesłuchujemy (wszak jesteśmy detektywami) i odpowiednie reagowanie na ich mowę ciała. Do wyboru mamy 3 reakcje: zaufać rozmówcy, delikatnie zasugerować, że coś ukrywa bądź jawnie oskarżyć o kłamstwo. W przypadku tego ostatniego musimy wcześniej znaleźć odpowiedni dowód, który następnie musimy wskazać. Brzmi to zawile, ale po pierwszej misji wiadomo o-co-cho.

Podsumowując – od zaplecza wszystko w tej grze się zgadza. Technicznie jest to mała perełka (do tego gram na PS4, więc cieszę się podkręconą w stosunku do PS3 oprawą graficzną). Muzyka dopasowana idealnie, czego zresztą można się spodziewać po Rockstar i co również doceniła Brytyjska Akademia Gier Wideo nominując ją w 2011 roku do statuetki za najlepszy debiut.

Przechodząc zaś do mięsa, czyli fabuły… wciągnęła mnie mocno. Każda kolejna sprawa zaczyna się podobnie, ale szybko okazuje się, że pozory mylą. Tematy skaczą od zdrad, kradzieży, oszustw, gwałtów po te bardziej brutalne, dostępne kiedy awansujemy do sekcji odpowiedzialnej za zabójstwa. Wszystko przeplatane jest retrospekcjami z czasów, kiedy Pelps służył w Wietnamie, z każdą kolejną coraz bardziej zazębiając się z aktualnymi wydarzeniami. Osobiście trochę zawiodłem się, kiedy rozwiązałem sprawę morderstw, następnie przechodząc do tematów bardziej politycznych, ale może taką mam aktualnie fazę.

W grze znajdziemy też sporo easter-eggów. Tutaj – szyszunia <3

W tle mamy wcześniej wspomnianą wojnę, narkotyki, brudne pieniądze i skorumpowane władze. Dlatego na początku pisałem o pochłonięciu, bo wciągnąłem się bez reszty i dziękuję Team Bondi za tę przygodę. Poznać historię od tej strony, w takiej formie i z taką intensywnością można tylko w grach wideo. Przy tej grze mocno odczułem syndrom „jeszcze jedna misja”. Narrację poprowadzono wzorowo, choć niektórym może przeszkadzać powtarzalność mechanik gry. Ode mnie mocne 8/10.

Wyszły dwie strony A4, chyba spoko. Akurat po jednej na jedną grę. Może uda mi się być konsekwentnym. Na pewno konsekwentnie będę zarywał noce i wydawał ciężko zarobione pieniądze na kolejne gry. Aktualnie przechodzę… albo może zrobię Wam niespodziankę ;) Podpowiem tylko, że będzie to walka między Japonią, a USA, co w kontekście L.A. Noire i Wietnamu, jest czystym zbiegiem okoliczności.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *