OFF CAMERA 2017 – subiektywny przegląd filmowy

Już od kilku lat rozpieszczam swoją duszę kinomana na festiwalu filmów niezależnych (nazwa sponsora) OFF Camera. Pomyślałem, że warto byłoby spisać co widziałem danego roku, często bowiem drugi raz o filmach, które są tu pokazywane nie słyszę, a pamięć o nich pozostaje i chciałoby się nią dzielić. Wpis będę aktualizował na bieżąco o nowe obrazy, opisując (mam nadzieję) 15 z nich do 07.05 włącznie.

[UWAGA_1] – opinie skrajnie subiektywne!

[UWAGA_2] – tekst „spojlerów” pojawia się po najechaniu, tak jak ten :).

DZIEŃ 1

Kardy są sugestywne, choć może przeszkadzać, że bardzo ciemne.

Na pierwszy ogień poszedł „Evolution”, film Lucile Hadžihalilović z 2015 roku (kategoria festiwalowa „Przyszłość nadejdzie dziś”), który mógłbym śmiało nazwać „minimalistycznym”. Jest to jeden z niewielu obrazów, po którym siedziałem do końca jego napisów. Niestety nie z powodu jego błyskotliwości, a pytania w głowie „to już koniec??” Film opowiada o losach młodego chłopaka, który podczas nurkowania natrafia na „sekret” czyhający w głębinach oceanu, nad którego brzegiem, w wiosce, ów chłopiec wraz z innymi, mieszka. Wioska ta jest dość osobliwa, jedynymi jej mieszkańcami są dorosłe kobiety, oraz właśnie nieduzi chłopcy w wieku ok. ośmiu lat. Przez całość filmu reżyserka karmi nas… albo raczej głodzi, rzucając ochłapy fabuły i mnożąc pytania. W połowie filmu miałem dość wszędobylskiej ciemności, braku dialogów i przeciągających się scen. No cóż, taka konwencja, plus za konsekwencję, bowiem aż do końca pozostałem w tym stanie. Jako fan nietuzinkowych historii szybko dałem się wciągnąć. Niestety autorzy filmu przedstawiają nam świat pełen tajemnic, tylko po to aby żadnej z nich sensownie nie wytłumaczyć. Dla mnie jest to pójście na łatwiznę, o wiele łatwiej bowiem zadać mnóstwo pytań i stwierdzić, że „każdy widz sobie na nie odpowie po swojemu” trudniej jest zaproponować mu koherentną opowieść. Szkoda, bo potencjał był i jest nadal, po seansie czułem się jednak jakbym obejrzał 10 minutowe intro, po którym dopiero coś się wydarzy.

– przydługie sceny
– w porządku jako prolog, jako samodzielny film, niestety zbyt ubogi w treść
+ ciekawy początek historii (może będzie sequel??)
+ zdjęcia, mimo wszystko klimat

TL:DR: Dla szukających inspiracji – film na pewno postawi dużo pytań, którymi można się potem bawić, oraz dla minimalistów – skąpy w dialogi scenariusz i odgłosy oceanu pozwolą zrelaksować się po białym szumie współczesności. Pozostali niestety będą się nudzić.

DZIEŃ 2

Drugiego dnia festiwalu wybrałem dwie produkcje, pierwszą z nich była animacja „Czerwony żółw” z 2016r. (kategoria „Festiwalowe hity”). Jest ona efektem współpracy kultowego, japońskiego Studia Ghibli, zaś jej reżyserem jest holenderski animator, pisarz i ilustrator Michael Dudok de Wit.  Trudno będzie mi o niej pisać, bo razem z Olgą wyszliśmy z kina z mieszanymi uczuciami. Produkcja jest piękna technicznie, z odrobiną efektów komputerowych (tytułowe żółwie są tak na prawdę obrysowanymi obiektami 3D), jednak na tyle subtelnych, że nie psują odbioru całości dzieła, które urzeka swoją plastycznością. Tak jak mój poprzedni wybór, animacja jest bardzo minimalistyczna (nie pojawia się tu żaden dialog), ale ujęcia wybrano z pietyzmem, tak że na moment nie tracimy wątku i bardzo łatwo chłoniemy opowieść. Ona sama jest bardzo charakterystyczna dla studia, mamy więc małe, zabawne zwierzaczki oraz dużą dawkę realizmu magicznego, tak bardzo w stylu Ghibli. Nie mam problemów z akceptacją ich konwencji, więc z ciekawością wyłapywałem kolejne smaczki, odgadywałem symbolikę i znaczenie. Być może odczytałem jej zbyt mało, albo odwrotnie, siliłem się na głębsze wyjaśnienie historii którą doświadczam, bowiem brakowało mi w niej jakiegoś większego przesłania. Wątki wyższości natury nad człowiekiem i poszukiwania przez niego sensu, który odnajduje w rodzicielstwie, są… dość banalne. Tak samo jak motywy dorastania i przemijania. Są to oczywiście ponadczasowe tematy i opowiedziane w niecodzienny sposób. Miałem jednak lekki niedosyt, choć całość oglądało się przyjemnie.

– trochę ograne motywy fabularne…
+ … podane w ciekawej formule świata przedstawionego…
+ … z urzekającą oprawą audiowizualną

TL:DR: Fanów Studia Ghibli chyba nie muszę przekonywać, innym polecam zapoznać się wcześniej z innymi produkcjami („Mój sąsiad Totoro”, „Ruchomy zamek Hauru”, „Spirited Away”) aby sprawdzić czy kupujemy tę konwencję. Oklepane motywy, jednak w nowej formie cieszą i tak.

#theinversioniscoming

Na drugi seans poszedłem już sam i był to film „Buster’s Mal Heart” z 2016r. w reżyserii Sary Adiny Smith (kategoria „Odkrycia”). Główną rolę gra tutaj Rami Malek, znany ostatnio z serialu „Mr. Robot” (który swoją drogą polecam). Akcja filmu rozgrywa się na przestrzeni kilku tygodni, tuż przed milenijnym sylwestrem roku 1999. Tytułowy bohater jako „konsjerż”, czyli człowiek od wszystkiego, większą część czasu spędza w niczym nie wyróżniającym się hotelu, w okolicy luksusowych domostw w górach, gdzieś na północy Ameryki (tak strzelam). Dzień za dniem wpada w coraz większą rutynę, potęgowaną przez obowiązki rodzinne i plany na przyszłość, których spełnienia prędko nie zobaczy. Elementem który wszystko „postawi na głowie” będzie niecodzienna teoria, o której Buster dowie się z… „ezoterycznych” programów telewizyjnych. Możecie się spodziewać dość odważnych tez, z którymi paradoksalnie, ciężko było mi się nie zgodzić. Nie chcę psuć Wam zabawy zdradzając szczegóły, powiem tylko, że do samego końca film trzyma w napięciu i każe czekać na ostateczną odpowiedź, która zostaje wypowiedziana. I dla części z Was może okazać się zaskakujące, że zakończenie którego nie przewidzieliśmy, jest dość… sensowne. Klimat całości jest gęsty, czasem miałem wrażenie, że oglądam dzieło Lyncha, gdzie powietrze przesiąknięte jest dziwaczną grozą, a widz nie do końca wie co może go spotkać za chwilę. Minus za to, że główny zwrot akcji znam z takiej jednej gry wideo (oczywiście nie powiem jakiej ;)

– hmm, nieco szablonowi bohaterowie?
– jedno z głównych „zaskoczeń” wcale mnie nie zaskoczyło
+ narracja (wiem, że za drugim razem bardziej doceniłbym jej kunszt)
+ muzyka
+ klimat Lyncha

TL:DR: Atmosfera zagadki, niedomówienia, napięcie do końca, który niejedną osobę zaskoczy. Obowiązkowa produkcja na weekend w domku w górach ;)

DZIEŃ 3

Trzeciego dnia byłem na filmie „Rana” z 2017 roku, w reżyserii Johna Trengove (film startujący w Konkursie Głównym festiwalu). Akcja rozgrywa się współcześnie, gdzieś w górach RPA, gdzie widzimy przygotowania i przebieg tradycyjnego rytuału przejścia młodych, czarnoskórych chłopaków w dorosłość. Z jednej strony daleka od naszych norm społecznych tradycja, rozpoczynająca inicjację przyszłych mężczyzn od „chałupniczego” obrzezania, z drugiej strony okazuje się tylko pretekstem do rozważań autorów nad bardziej progresywnymi tematami. Nie skupiają się oni bowiem jakoś szczególnie na samym rytuale, tradycji i historii RPA, ale wrzucają nas w wir relacji między „opiekunami”, a inicjowanymi młokosami, tworząc kolejne warstwy domysłów, tajemnic i rywalizujących punktów widzenia. Udało im się dzięki temu bardzo trafnie rozrysować trawiące dzisiejszy świat problemy i zadać dużo wartościowych pytań. Czym jest męskość? Czy jej potrzebujemy? Jaki cel i wartość widzą w niej ci, którzy stają na jej „straży”, a jaki ci którzy uważają ją za archaizm. Jakie napięcia powstają między obiema stronami i czy jesteśmy skłonni zgodzić się bardziej z którąś z nich? Oraz przede wszystkim – czy chcemy, lub czy jesteśmy w stanie dorosnąć jako społeczność w dobie wszechobecnego patriarchatu? Po seansie wyszedłem z pogłębionym wstrętem do hipokryzji i męskiego, przerośniętego ego. To dobra terapia dla tych, którzy uważają, że jest jeszcze dzisiaj miejsce dla tego typu postaw. Wyszedłem też z silną nauką na przyszłość – dobro by zwyciężyć, musi być przebiegłe.

+ egzotyka zawsze spoko
+ uniwersalność mimo hermetycznego kontekstu
+ zadaje dużo aktualnych pytań

TL:DR: Bardzo udana próba naruszenia męskiego status quo, zaskakująco aktualna, tym bardziej kiedy skontrastowana z tradycyjnym rytuałem przejścia w męskość. Nie dla mięczaków i pozerów.

DZIEŃ 4

… zacząłem od „Amoku” z 2017r. (film startujący w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych) w reżyserii Kasi Adamik, którego scenariusz jest oparty na faktach. W 2003 roku, wrocławskie wydawnictwo Croma wydaje „powieść” autorstwa Krystiana Bali, które ocieka wulgaryzmami, seksem, przemocą i odważnymi tezami filozoficznymi. Pojawia się w niej też morderstwo, którego (zgodnie z wyrokiem z 2007 roku) niedoszły „pisarz” miał się dopuścić w roku 2000. Film przybliża nam postać tego zwyrola i jego antagonisty detektywa Jacka Sokolskiego, którego śmiało nazwałbym polskim Jasonem Stathamem. Jest to niezły dreszczowiec, jak sama reżyserka przyznała, „w klimacie postpeerelowskiego noir”. Jest dobrze, niestety muszę dodać „jak na polską produkcję”. W scenariuszu pojawiają się wątki które wyglądają jak zapchajdziury. Historia detektywa niewiele wnosi do całości, podobnie przedstawienie problemów syna Bali w szkole, ale… może będą chcieli kręcić sequel (#dwatakiesameżartywtymsamymtekście!). Zbija nas z tropu odkrycie prawie wszystkich kart na samym początku filmu, ale dzięki temu jest ciekawość. Finał nie jest sztampowy, choć wielu z Was pewnie się go domyśli. Brakuje jakiegoś mocniejszego twistu, ale całość trzyma poziom.

– mogło być lepiej jeśli chodzi o dobór scen
+ niezły klimat Polski z lat ’90
+ Jason Staham mówiący po polsku

TL:DR: Niezły kryminał w polskich realiach, dodatkowo na „faktach autentycznych”. Do światowej czołówki jednak jeszcze trochę drogi.

Albo ją znienawidzisz, albo będzie twoim idolem.

Drugim seansem tego dnia był „Miss Sloane” z 2016r. (błyskotliwie przetłumaczony na polski jako „Sama przeciw wszystkim”) w reżyserii Johna Maddena (kategoria „Odkrycia”). Jest to film przez duże „F”. Nakręcony w ciekawej konwencji, ni to sensacji, ni to dramatu sądowego. Tytułowa bohaterka nie daje sobie w kaszę dmuchać i z miejsca staje się idolką wszystkich feministek. Nie bez powodu. W swoich działaniach jest perfekcyjnie rozsądna i potrafiąca planować 10 ruchów na przód. Przy okazji pisania o „Ranie”, wspomniałem że dobro musi być przebiegłe. Pani Sloane stawia poprzeczkę jeszcze wyżej, jest fenomenalnie skuteczna i przez to szybko otacza się wrogami, tym bardziej, że gra toczy się o wysoką stawkę. A stawką są grube miliardy z…. pewnej dochodowej gałęzi przemysłu, której zależy na pozostawieniu w spokoju drugiej poprawki do konstytucji USA (kto zna, ten wie). Intryga z każdą minutą się zagęszcza, a bystre dialogi padają z takim tempem, że mózg ledwo nadąża. Nie nudziłem się przez całe 2h filmu, kibicując naszej „lobbystce” do ostatnich minut. Świetne kino ze świetną narracją, me gusta.

– fotele w kinie mogłyby być wygodniejsze
+ tempo prowadzenia fabuły nie zwalnia na moment
+ świetne role drugoplanowe
-/+ dla uważnych widzów, trzeba śledzić każdy dialog żeby się nie zgubić, ale za to całość daje dużą satysfakcję

TL:DR: Sensacja XXI wieku. Dzięki filmowi rozumiemy, że nazywanie kogoś „męskim” jest bez sensu, bo taka właśnie jest Miss Sloan. Nawet bardziej. Jest piekielnie skuteczna i przebiegła, a niejeden facet mógłby jej czyścić buty. O ile wcześniej by go nie zwolniła.

Pattinson, nie gól się, wyglądasz świetnie!

DZIEŃ 5

Pierwszy z trzech filmów tego dnia to „Zaginione miasto Z” z 2017 roku (kategoria „Odkrycia”) w reżyserii Jamesa Graya, również bazujący na prawdziwych wydarzeniach, rozgrywających się na początku XX wieku. Brytyjski wojskowy Percy Fawcett dostaje propozycję uczestnictwa w wyprawie do Ameryki Południowej. Chcąc wybielić nazwisko (jego ojciec coś namieszał) i zdobyć upragnione odznaczenie, zgadza się, zostawiając za sobą piękną żonę z dwójką dzieci. Wizja „zaginionego miasta” o którym mowa w tytule, będzie pchała naszego bohatera naprzód, mimo niesprzyjających okoliczności. Postać Percego podobno była pierwowzorem Indiany Jonesa, więc fani tego gatunku nie powinni się zawieść. Jednak zamiast fajerwerków i zabawnych one-linerów Harrisona Forda, dostajemy bardzo realistyczny obraz tego, jak wyglądały tego typu wyprawy. Czuć klimat izolacji od „cywilizowanego” świata, jest pot, krew i skąpe racje żywnościowe. Nasz bohater zmaga się zarówno z dziką przyrodą, jak i ograniczonymi umysłami ówczesnych lordów. Twierdzi bowiem wbrew powszechnej opinii, iż Indianie, dużo wcześniej niż Anglicy, zbudowali cywilizację. Takimi poglądami nie zyskuje wielu sojuszników, jednak jak historia pokazała, on jeden miał rację. Aha, pomagiera głównego bohatera gra Robert Pattinson, tworzy super kreację, z brodą i charakterystycznymi okularkami wyznacza nowe trendy hipsterstwa.

– jednak trochę brakowało akcji rodem z filmów Spielberga…
+ … choć taka jest cena realizmu
+ Robert Pattinson z brodą wygląda jak wujek! (czytaj – jak człowiek)
+ można poczuć się jak pionier

TL:DR: Obowiązkowa pozycja dla żądnych przygód fanów wypraw do Eldorado. Dodana to tego wartość edukacyjna (dopiero niedawno potwierdzono słuszność domysłów Percego!) inspiruje z podwójną siłą.

Niestety głębokie w tym filmie są tylko afekcje bohaterów do siebie nawzajem.

Drugim filmem był „Body Electric” z 2017r. W reżyserii Marcelo Caetano (kategoria „Odkrycia”). Ciężko będzie mi o nim pisać, gdyż spodziewałem się po nim czegoś więcej. Rzecz rozgrywa się w Sao Paulo, akcję widzimy z perspektywy 23-letniego Eliasa, projektanta ubrań w okolicznej fabryce. „Tętniące życiem brazylijskie ulice”, które przeczytałem w opisie, okazują się być zwykłymi ulicami, a „nocne eskapady i imprezy” zwykłymi pijackimi rozmowami na domówkach (z których miałem ochotę się za każdym razem urwać) oraz obciachowym śpiewaniem w autobusie. Egzotyka której szukałem okazała się więc swojską, mało ambitną karuzelą zdarzeń. Moje rozczarowanie wzmocnił fakt iż fabuła kręciła się dość mocno wokół homoseksualizmu i stawiała go w dziwnym świetle. Główny bohater to lekkoduch, spędzający czas od łóżka do łóżka u kolejnych znajomych, bez planów na przyszłość i pomysłu na siebie. Moim zdaniem to strzał w stopę – tego typu filmy to doskonała okazja żeby przybliżyć osobom heteroseksualnym środowisko LGBTQ, oswoić je i pomóc zaakceptować. Niestety obraz tylko dolewa oliwy do ognia i umacnia stereotypy, pokazując gejów jako rozpustnych, lekkomyślnych i głośnych „pedziów”, bez większych ambicji i rozsądku. Oczywiście tacy ludzie też istnieją, cytując mojego znajomego którego spotkałem w kinie, jednak to dla mnie za mało żeby robić o nich film. Równie dobrze można by sportretować deskorolkowców którzy non-stop palą zioło – tylko po co? I czy byłby to celny portret? Bo jeśli obedrzeć głównych bohaterów z ich seksualności, film jest obrazem o żadnym przesłaniu. Być może tylko takim, że gdzieś jest świat, w którym wyzwoleni seksualnie ludzie mogą pozwolić sobie na pełnię ekspresji, bez obawy że ktoś ich pobije, co niestety w naszym kraju raczej miałoby miejsce. Film kończy się sceną gdzie główny bohater po imprezie nie idzie do pracy i całość mija w podobnie spektakularnym stylu.

– niewykorzystany potencjał przybliżenia kultury LGBTQ
– leniwa akcja
+ mimo wszystko realizm, czuć jakby akcja działa się w Gdyni

TL:DR: Miła odmiana od „prawilnych” filmów, dużo tu golizny, choć całość nie jest wulgarna. Laurka dla osób ze światka LGBTQ. Film bez większego przesłania, zwyczajne zobrazowanie brazylijskiej, młodej klasy robotniczej. Okazuje się, że jest ona bardzo podobna do nas, choć nieco bardziej tolerancyjna. Jeśli chcesz przekonać do siebie babcię, nie pokazuj jej tego filmu.

Ostatnim filmem na jaki wybrałem się tego dnia był „Pop Aye” z 2017 roku, w reżyserii Kirstena Tana (film startujący w Konkursie Głównym festiwalu). Uwielbiam tego typu ciut absurdalne i nieprzewidywalne kino. Głównym motywem są tutaj przygody starszego architekta Thany, który pewnego dnia, przybity życiowymi porażkami, postanawia kupić… słonia. Idąc ulicami Tajlandii, natrafia na cyrkowego słonia prowadzonego przez opiekuna i rozpoznaje w nim starego przyjaciela z dzieciństwa, którego nazywał wtedy Popeye. Pod wpływem chwili nabywa go drogą kupna i od tego momentu zaczyna się nasza przygoda. Lawina zdarzeń prowadzi naszych bohaterów w niespodziewane rejony, stawia przed nimi równie niespodziewane persony i ich historie. Akcja nie jest może specjalnie szybka, ale łatwo zatracić się w niecodziennych obrazach i sytuacjach. Po seansie odbyło się spotkanie z twórcą i można było dowiedzieć się, że film był kręcony w znacznej mierze spontanicznie, a głównego bohatera gra była gwiazda progresywnego, tajlandzkiego rocka Thaneth Warakulnukroh.

– niektórym może wydać się nudne
+ niecodzienność, absurd, humor

TL:DR: Ciekawy sposób spędzenia wieczoru, film niespecjalnie dynamiczny, ale na pewno oryginalny i pozwalający na chwilę pobyć w zupełnie innym świecie.

DZIEŃ 6

Bohaterowie wypalają spokojnie ze sto paczek.

Pierwszym filmem tego dnia był „Jestem Mordercą” z 2017 roku (film startujący w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych) w reżyserii Macieja Pieprzycy. Być może dopadła mnie blaza przebywania codziennie w kinach, ale ten film był w moim odczuciu tak zły, że aż nie wiem od czego zacząć. Niby wszystko jest na miejscu, dobrzy aktorzy (Piotr Adamczyk, Arkadiusz Jakubik), reżyser zaznajomiony z tematem (to jego trzecia przygoda z opisywaną historią), są pieniądze (film jest technicznie „na poziomie”). Ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że powstał on, bo producenci po prostu mieli kasę do wydania i coś trzeba było z nią zrobić. Myślałem przy okazji oglądania „Amoku”, że film przesadza z ilością wątków. Tutaj było jeszcze gorzej. Jako widz byłem rzucany raz od scen humorystycznych, podkreślonych fajnym, swingującym jazzem, do ponurych i ciężkich obrazów zmasakrowanych ciał czy przesłuchań na milicji. Czułem się więc jak na huśtawce, nie za bardzo wiedząc co chce mi powiedzieć reżyser i mając ochotę zaraz się zrzygać. Fabuła opowiada o „Wampirze z Zagłębia” (seryjnego mordercy z czasów PRLu) i z tego co mówił reżyser – ma nam przybliżyć sylwetki ludzi zamieszanych w tę historię, ich relacje i codzienne problemy. Dobry był to kierunek i można to wyłuskać z historii, ale silenie się na oryginalność w moim odczuciu wprowadziło chaos i zepsuło całą przyjemność odbioru.

TL:DR: Ludzie po seansie pieli z zachwytu nad tym filmem, mnie zupełnie nie przypasował. Dobra gra aktorska zmarnowana przez brak pomysłu na całość. Wygląda jakby producenci mieli pieniądze i szybko musieli je wydać, nie mając nic ciekawego do powiedzenia, albo przeciwnie – chcieli powiedzieć wszystko na raz.

Wieczorem wybrałem się na „Przebudzonych” z 2015r. w reżyserii Drakea Doremusa (kategoria „Przyszłość nadejdzie dziś”). Jako fan „sajfaj” nie nudziłem się i poddałem w całości serwowanej historii. Na ekranie widzimy antyutopię, świat przyszłości gdzie przejawianie emocji traktowane jest jako „choroba”. Ludzie chodzą więc trochę jak roboty, wykonują swoje zadania i zbytnio nie przejmują się światem. Główny bohater krok po kroku przechodzi na stronę „zarażonych” i odkrywa życie. Ciut wyświechtany motyw świata okazuje się tylko pretekstem do zadania przez twórców ciekawych pytań. Czy lepiej żyć w świecie gdzie piętnuje się emocje, czy w takim gdzie u władzy są psychopaci wywołujący wojny? Czy ludzie nie potrafią żyć bez emocji, a jeśli nie, to dlaczego? Oraz co kieruje ludźmi którzy odczuwają emocje, ale postanawiają się z nimi ukrywać. Film nie definiuje gatunku na nowo, ale dobrze wpasowuje się w istniejący. Dla ciekawskich: można go nazwać prequelem do Equilibrium! ;)

– sztampowe motywy miłosne
+ pozwala zadać sobie ciekawe pytania
+ historia puszcza oko do fanów innego filmu o podobnym motywie

TL:DR: Dobry sci-fi, z wszystkim na miejscu. Tylko tyle i aż tyle ;)

DZIEŃ 7

Po południu poszedłem na „Dayveon” z 2017r. w reżyserii Ammana Abbasiego (film startujący w Konkursie Głównym festiwalu). Jest to debiut fabularny dokumentalisty i blisko mu właśnie do dokumentu. Historię poznajemy z perspektywy tytułowego Day-Day’a, 13 letniego, czarnoskórego chłopaka mieszkającego na przedmieściach na południu USA. W filmie nie ma wielkiej akcji, ale o to chodzi – widzimy dzień po dniu jak wygląda życie w tych rewirach, a nie jest ono zbyt ekscytujące. Autorom udało się sprawić, że poczułem ten brak alternatyw w życiu dorastającego faceta, który musi mierzyć się z rzeczywistością. Widzimy ją bez makijażu, jest smutna, surowa i niesprawiedliwa, choć jest w niej też miejsce na zabawę i nadzieję. Wszystko to podane w klimacie delikatnej gangsterki. Lubię tego typu obrazy, można poczuć prawdziwy charakter jakiegoś odległego miejsca. Przez chwilę byłem tym drobnym gangsterem, gdzieś na obrzeżach Nowego Meksyku.

– niektórzy powiedzą „nuda”
+ mimo wszystko ciekawa sceneria
+ sugestywny klimat przedmieść stanów

TL:DR: Kto chce zobaczyć jak wygląda życie ziomków z wiosek w Ameryce – znajdzie tu dużo materiału dla siebie. Jeśli czytając poprzednie zdanie ogarnął Cię pusty śmiech, wynudzisz się.

Wieczorem zaś, zdecydowałem się pójść na „Free Fire” z 2016r. w reżyserii Bena Wheatleya (kategoria „Festiwalowe Hity”). Chciałbym o nim coś napisać, ale tak na prawdę nie ma co. Film zaczyna się nieźle, są gangsterzy, handlarze bronią, opuszczona fabryka, śmieszne teksty. Szybko jednak całość przechodzi w tryb strzelanki, ciętej z jednej strony kulami 9mm, z drugiej wciąż zabawnymi komentarzami bohaterów. Trochę lat już przeżyłem i nie mogę wyjść z podziwu, jak człowiek może czerpać rozrywkę z patrzenia na strzelających do siebie ludzi (i trafiających) do tego radośnie śmiać się z ich błyskotliwych komentarzy. Owszem też zaśmiałem się parę razy, ale dużo częściej czułem po prostu odrazę i… nudę. No bo ileż można patrzeć na strzelających do siebie ludzi. Twórcy stwierdzili, że można przez ponad godzinę. Morał z tego taki, że to wszystko było bez sensu. Strzelanie, fabryka, handel który nie doszedł do skutku. I ten film też.

– brak morału, brak przekazu
– półtorej godziny strzelania
+ czasem śmieszne (serio to napisałem??)

TL:DR – nie wiem jak nazwać fanów takiego gatunku, ale na pewno tacy się znajdą. Jeśli w filmach Tarantino najchętniej oglądasz sceny walki, odnajdziesz się tutaj. Dla mnie mieszanka zabawnych tekstów i strzelania by zabić nie jest czarnym humorem tylko miksem do porzygu.

DZIEŃ 8

Ostatniego dnia festiwalu, wybrałem trzy filmy. Pierwszy z nich to dokument „City of Gold” z 2015r. w reżyserii Laury Gabbert (kategoria „Amerykańscy Niezależni”). Opowiada on o życiu krytyka kulinarnego Jonathana Golda żyjącego w Los Angeles, piszącego o nieznanych miejscach gdzie można pysznie zjeść. Swoją sławę zdobył dzięki docenieniu niewielkich restauracyjek, rodzinnych biznesów z przepisami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie czy choćby food-trucków (które niejednokrotnie mogłyby ubiegać się o gwiazdkę Michelin). Na ekranie widzimy jak mija jego życie, spotykamy znajomych, rodzinę, oraz oczywiście rozmaitych szefów kuchni, których los często odwracał się o 180 stopni kiedy tylko Jonathan napisał o nich pozytywną recenzję. Wiedza jaką tu zdobywamy jest na wagę złota i jeśli tylko ktoś planuje wybrać się do L.A. koniecznie niech zapozna się z twórczością tytułowego bohatera.

+ skarbnica wiedzy o smakołykach z każdego zakątka świata dostępna tylko w L.A.
+ dobrze poprowadzona narracja, ładne zdjęcia

TL:DR: Smakowity kąsek dla każdego kto choć trochę interesuje się jedzeniem. Można zobaczyć L.A. „od kuchni”. Koniecznie oglądać na pełny żołądek!

Drugim filmem był „Man Underground” z 2016r. w reżyserii Michaela Borowieca (Borowca)? i Sama Marine (kategoria „Przyszłość nadejdzie dziś”). Jest to obraz których jednych zaintryguje, inni będą pukać się w głowę i mówić o teorii spiskowej. Konwencja tutaj jest dość ciekawa, główny bohater Willem jest byłym górnikiem i posiada nietypowe wspomnienia ze swojej pracy, którymi dzieli się z innymi na konwentach. Jako że bardzo zależy mu na jak największej frekwencji, postanawia wraz z przyjacielem nakręcić film o swoim życiu, gdzie opowiedziałby o swoim przypadku i tym samym „sprzedał” temat szerszej publiczności. Na tym zakończę opis fabuły, gdyż nie chcę psuć zabawy, ale dla ciekawych podrzucę o co chodzi w tym filmie i dlaczego nie uważam go za 100% żart. Kiedyś natknąłem się na gościa imieniem Phil Schneider, który obiektywnie – gadał od rzeczy. Twierdził, że jest synem wysoko postawionego wojskowego i brał udział w tajnych operacjach budowania podziemnych baz wojskowych na terenie USA. Nie jestem w stanie tego potwierdzić, ale informacja powtarza się w wielu miejscach i istnienie takich baz mieści się w granicach prawdopodobieństwa, tym bardziej że stany przeznaczają miliardy rocznie na tajne operacje militarne. Jeśli przyjąć, że to prawda – dokładnie tyle byśmy o tych bazach wiedzieli, czyli nic. Sprawa jednak nabiera rumieńców, kiedy wsłuchać się w to co Phil mówił dalej. Otóż przekonywał ludzi, iż w trakcie kopania jednego z tuneli, wiele mil pod powierzchnią ziemi, natrafili na jaskinie, w której mieszkali… obcy. Jeden z nich podobno nawet go postrzelił, co udowadniał pokazując bliznę. Jeśli wysłuchało się go do końca, diagnoza była jedna, gościu miał nierówno pod sufitem. On jednak uważał inaczej i do końca twierdził, że pod ziemią żyją człekokształtni. Zginął od udaru w wieku ok. 49 lat. Film wprost tego nie mówi, ale jak dla mnie, nawiązuje właśnie do „rewelacji” Phila.

+ dla lubiących „teorie spiskowe”
+ podejmuje temat, który faktycznie jest zagadkowy

TL:DR: Film w ciekawej konwencji (film w filmie), inspirowany (mój domysł) prawdziwymi wydarzeniami i postaciami. Pod warstwą średniego filmu, kryje się intryga która może, choć nie musi, być tylko fantazją. Dla poszukiwaczy tajemnic.

Aktorka znana z Juno (film sprzed 10 lat) wygląda tak samo młodo – jak ona to robi?!

Ostatnim filmem jaki zobaczyłem była „Głusza” z 2015r. w reżyserii Patricii Rozema (również „Przyszłość nadejdzie dziś”). Film w fajny sposób pokazuje „co by było gdyby” nagle zerwał się prąd. I nie było go przez dłuuuugi czas. Mamy więc tutaj do czynienia z bliską przyszłością i klimatem „post-apo” choć na początku się na to nie zanosi. Historia szybko się komplikuje i pozostaje taka do końca. Przyjemny sposób na poeksperymentowanie z własnym zmysłem oceny sytuacji i sumieniem. Sceneria jest z jednej strony piękna, akcja to czy się w domku w lesie, z drugiej strony atmosfera izolacji jest tu wyraźna i nie pozwala się zrelaksować. Nie jest to może arcydzieło kinematografii (można by było dać tu więcej wątków), ale mimo wszystko, ciekawa opowieść, której jeszcze nie przerabiałem.

– dzieje się, ale mogłoby więcej
+ niecodzienny temat i klimat

TL:DR: jeśli lubisz eksperymentować z niecodziennymi sytuacjami w filmach – ta pozycja spełni swoją rolę. Ciekawe podejście do tematu „post-apo”, choć chciałoby się zobaczyć więcej (może będzie sequel? ;)

Na tym kończę swój wpis – rzekę. Na pewno zapadnie mi w pamięć film „Zaginione Miasto Z” (już staram się odtworzyć na Google Maps ścieżkę ostatniej wyprawy Fawcetta), „Ms. Sloane” (dobry trening przez ostateczną walką z systemem korporacji), „Man Underground” (stara intryga wraca do łask) i „Rana” (świat potrzebuje zmiany którą nakreśla film). Pozostałe też zostawią we mnie jakiś ślad i mam nadzieję, że w Was również. Mam nadzieję, że moje opisy pomogą w wyborze tych najlepszych.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *